Row, row, row your boat, slowly down the Styx

IndeksFAQCalendarSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj


Share | 
 

 Row, row, row your boat, slowly down the Styx

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
PRZYWÓDCZYNI MACHINES
PRZYWÓDCZYNI MACHINES
avatar


PisanieTemat: Row, row, row your boat, slowly down the Styx   Czw Paź 01, 2015 12:37 am




DRESSED TO THE NINES
SANDY CALLAHAN | 09.09.1982 | 33 l. | OMNISEKSUALNA

Sandy nie jest delikatna. Nie jest zgrabna, kobieca, czy nawet uwodzicielska, a już na pewno nie została stworzona do zwiewnych sukienek z nadrukami kwiatowymi. To kobieta, która w ramach hobby siłuje się na rękę z dryblasami witanymi krzywymi spojrzeniami nawet w najgorszych melinach. Czasami nawet wygrywa, więc odradzamy nazywanie jej "blondyneczką".

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

FIGURA: Przywódca Machines, choć jest kobietą, pod względem wizualnym sprawia dobre wrażenie. Patrząc na średnią krajową, Sunday można spokojnie nazwać wysoką, poza tym nigdy nie stroniła od wysiłku fizycznego, a jej wieloletnia wprawa w, co tu ukrywać, biciu ludzi po twarzach jest widoczna gołym okiem. Tak więc brak objętości w ramionach i raczej kobiecą szyję równoważy dobrze zarysowanymi, twardymi mięśniami, zarówno na brzuchu, plecach i ramionach. Jedyną, oczywiście kobiecą, cechą jej figury są dobrze zarysowane, szerokie biodra, które to sama Sunday uwielbia podkreślać przy pomocy przypadkiem zsuniętych nisko spodni, oraz od niedawna całkiem elegancki biust - sylikonowa miseczka D, operacje plastyczne to najlepszy przyjaciel kobiety. I kryminalistki, ale o tym później. Teraz skupmy się na tym, że pierwszy raz w życiu czuje się dobrze w głębokich dekoltach.

TWARZ: Tutaj powinny znaleźć się dwa opisy, jeden mówiący o tym, jak wyglądała przed zeszłym marcem, a jak wygląda po marcu bieżącego roku. My skupimy się jednak na tym, co znajduje się w ofercie na ten sezon.
Sunday nigdy nie była szkaradą, która doprowadzała do płaczu nawet ślepe dzieci, ale nie mogła sobie odmówić korekty, gdy i tak została zmuszona do przejścia kilku operacji. Aktualnie więc naprawdę trudno nazwać ją brzydką, a na oklaski i pochwały zasługuje doktor Bellton - niech spoczywa w spokoju. Dzięki jego wprawnej dłoni Sandy zyskała delikatnie zarysowane, wysokie kości policzkowe, prosty, drobny nos, zgrabne usta, a nawet poprawiła sobie owal oczu dzięki operacji powiek. Najbardziej zmienił się jednak jej kolor oczu. Aktualnie są one bladoniebieskie, ale to nie naturalny urok kobiety, a zasługa lasera.
Ponadto wyhodowała sobie włosy do ramion, które aktualnie farbuje na słomkowy blond, chociaż coraz częściej myśli o przerzuceniu się na czystą biel.
Notka dla wszystkich, którzy mają coś do powiedzenia na temat tych wszystkich operacji - nikogo nie obchodzi wasze zdanie. Z poważaniem - środkowy palec szefa gangu, który was znajdzie i sprzeda na organy. Jedna operacja więcej niewiele zmieni.

UBRANIA: Choć serce Sunday wyrywa się do miłych i wygodnych dresów, prostych koszulek z nadrukami, oraz niezwykle miękkich trampków, musiała nieco zmodyfikować styl ubioru na potrzeby dostosowania się do nowej tożsamości. Teraz w jej szafie królują proste koszule (gładkie, w kratę, w muchomory z oczami - im dziwaczniejszy wzór, tym lepiej), plus proste jeansy, zazwyczaj bez przetarć. Nigdy jednak nie skończyła romansu z ubraniami sportowymi i męskimi spodniami, które na jej biodrach trzyma tylko słowo honoru. Niestety jej praca wymaga od niej utrzymywania jako-takiego wizerunku czystości i skromności, więc na świecenie bielizną pozwala sobie tylko w dni wolne.
Nawiasem mówiąc - gdyby mogła w ogóle paradowałaby w samych majtkach dwadzieścia cztery godziny na dobę, tak jej po prostu najwygodniej.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

DODATKOWE:
Jej ulubiony kolor to jasnozielony, ale najczęściej można ją zobaczyć w bieli. Nigdy nie miała cierpliwości do skomplikowanych stylizacji, więc zazwyczaj trzyma się klasyki.
Przed rozłamem SOA i maratonem operacji plastycznych była intensywnym rudzielcem o ciemnobrązowych oczach. Czasami tęskni do starego odbicia (jakby nie patrzeć to z nim się wychowała), ale podoba jej się to, że teraz wygląda jak gwiazda porno, tym bardziej, gdy pociągnie usta szminką.
Pomimo dyskusyjnych deficytów kobiecości wie jak się umalować i uczesać. Żyje na tym świecie ponad trzy dekady, musiała się kiedyś nauczyć jak namalować prostą kreskę, albo dobrać podkład. Chociażby po to, żeby ukryć pamiątki po to zacieklejszych walkach.

SUCH AN INNOCENT CHILD, WHAT A BEAUTIFUL PREY

FREUD'S DIRTY FANTASY
ORGANISTKA KOŚCIELNA | MACHINES | PRZYWÓDCA

Sunday jest szefem najbardziej chaotycznego i agresywnego gangu w promieniu stu kilometrów. Już samo to powinno dawać jako-taki obraz jej charakteru. To napędzana siłą zazdrości i oślą upartością kobieta, mająca spore problemy z kontrolą gniewu i cierpliwością trzynastolatka grającego na publicznym serwerze strzelanki. Miłych interakcji.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

ZAZDROŚĆ: Coś, co sprawia, że każdego dnia wstaje z łóżka i stawia światu czoło. To ona ma być najlepsza, najpopularniejsza, najbardziej szanowana, mieć najlepsze ubrania, najpiękniejszych partnerów i najdroższe meble. A jeśli ona czegoś nie może mieć - nikt nie będzie tego miał.
Jeśli ktoś chce się dowiedzieć dlaczego huragany nazywane są imionami kobiet, polecamy powiedzenie przy niej, że ktoś jest lepszy od niej. W czymkolwiek.

CIERPLIWOŚĆ: Czy raczej jej brak, to jedna z łatwiejszych do zaobserwowania wad panny Callahan. Jeśli coś nie daje efektów natychmiast, w jej oczach traci wartość, a dotyczy to wszystkiego - od związków, po zabijanie. Nigdy nie była dobra w siedzeniu grzecznie przy stole i obserwowaniu kapiącej wody, jednak jest na tyle dorosła i doświadczona, że czasami znosi to w imię wyższego dobra.
Nie znaczy to jednak, że w trakcie bliżej jej do chmury burzowej, niż dorosłej kobiety.

DRAŻLIWOŚĆ: Kolejna dość widoczna skaza, obniżająca wartość jej nowej twarzy. Sunday zawsze miała problemy z panowaniem nad gniewem, ale o ile cierpliwości udało jej się choć trochę nauczyć, to wszelkie ćwiczenia uspokajające doprowadzały ją, o ironio, do białej gorączki. Ludzie w jej otoczeniu dzielą się więc na dwie grupy: tych, którzy uważają to za pasujące do jej miejsca we wszechświecie, oraz tych ze złamanymi nosami.

INTELIGENCJA: Zacznijmy od stwierdzenia, że istnieją różne jej typy. Sunday jest szczęśliwą osobą obdarzoną dobrym wyczuciem i umiejętnością przewidywania tego, co zrobią inni ludzie. Pomimo pierwszego wrażenia wybuchowej jędzy potrafi być bardzo empatyczna, po prostu... zazwyczaj używa tego dla własnego zysku. Chociaż faktem jest, że o swoich ludzi dba i jest równie skora do przyłożenia jednemu z drugim książką telefoniczną w krocze, co do przytulenia do piersi, gdy będzie to potrzebne. Tyle że żeby zasłużyć na takie vipowskie traktowanie jak w drugim przypadku, trzeba zasłużyć na jej sympatię. Albo wyglądać jak solidna ósemka.

PSYCHOPATIA: I mowa tutaj o osobowości dyssocjalnej. Którą Sunday ma, ale to powinno być w tym momencie boleśnie wręcz jasne, chociażby przez wzgląd na sposób, w który prowadzi swój gang. To osoba, która nie jest zdolna do tworzenia szczerych, głębokich związków, ani nie cierpi na bezsenność przez powracające wyrzuty sumienia. Jest za to impulsywnym narcyzem, który nie szanuje zasad innych niż własne. Fakt, można tutaj się obruszyć, stwierdzić, że członków Machines traktuje jak własne stado, ale trzeba zaznaczyć jedną rzecz. To ona jest alfą. Upadek gangu byłby dla niej kłopotliwy, więc oczywistym jest, że chce go prowadzić jak najlepiej. Jej oddanie płynie z chęci przetrwania, nie lojalności.

OKRUCIEŃSTWO: Coś, dzięki Machines jest takie, a nie inne. Sunday nie jest typem, który nie chce zabrudzić sobie rąk, ba! Uważa, że odrobina juchy na dłoniach dobrze wpływa na skórę. Lubi torturować, zabijać i znęcać się nad wrogami, a robi to z czystym sadyzmem godnym dziesięciolatka wyrywającego skrzydła owadom. Jedyny problem polega na tym, że czasami musi trzymać wyobraźnię na wodzy, żeby zbyt szybko nie stracić zabawki.

POWOLNOŚĆ: Nie chodzi tutaj o jej kondycję fizyczną, a umysłową. Jedni mówią, że dostała o trzy razy za dużo w czaszkę, inni twierdzą, że to przykrywka mająca zmylić wrogów - opinie są różne, efekt ciągle ten sam - Sunday nie jest dziedzicem Einsteina. Rzuciła szkołę przed jej ukończeniem, nigdy nie była typem lubiącym się uczyć, a samo patrzenie na zadania logiczne i matematyczne sprawia jej prawie fizyczny ból. Może nazwanie jej tępą to lekka przesada, ale prawda jest taka, że często najpierw działa, potem myśli. Kieruje się emocjami, nie mózgiem. Owszem, potrafi go używać, jest mistrzem odczytywania ruchów przeciwnika, umie po drgnięciu mięśni zgadnąć, gdzie uderzy, ale do szybkiego myślenia potrzebuje adrenaliny. Nie skupi się od tak nad stosem papierów, nie będzie się bawić w słowne podchody. Od papierków ma doradców, ona zdaje się na instynkt.

POCZUCIE HUMORU: Choć momentami dość czarne, jest widoczne prawie we wszystkim co robi. Uwielbia żarty, zabawne komiksy, filmy, gry i ludzi ślizgających się zimą na lodzie, lądujących na tyłkach w zaspach śniegu. Nietrudno doprowadzić ją do śmiechu, wielu ludziom uratowało to kończyny, ale trzeba uważać kiedy śmieje się z żartu, a kiedy z wyobrażania sobie tego, co zrobi danemu petentowi...
Poza tym jest uroczym, wesołym słoneczkiem z Teletubisiów. Naprawdę.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

DODATKOWE:
Panicznie boi się bycia pochowaną żywcem i zajścia w ciążę. Z powodu tego drugiego bardzo poważnie myśli nad operacją podwiązania jajowodów.
Ma spore problemy z powracającymi migrenami, kiepsko znosi upały i jest uczulona na lateks.
Kiedyś była uzależniona od papierosów, ale rzuciła to po rozłamie SOA. Teraz jest prawie czysta, chociaż ma problemy z zaśnięciem, jeśli wieczorem nie wypije chociaż kieliszka czegoś mocniejszego, więc... można powiedzieć, że powoli wchodzi w świat alkoholików..?
Płacz uważa za słabość i najszybszy sposób na stracenie jej szacunku. Oczy są od patrzenia, nie pocenia się.
Nie jest wielką fanką związków romantycznych.
Lubi ryby. Zarówno na talerzu, jak i akwariach. Sama też jest zwolenniczką spędzania w wodzie jak największej ilości czasu, a od zostania organizmem wodnym dzieli ją opracowanie operacji wstawienia człowiekowi skrzeli. Będzie pierwsza w kolejce.
Miłością prawdziwą i nieskalaną darzy boks, ale lubi też patrzeć na... golf. Nigdy nie miała okazji w to zagrać, ale jest ciekawa.
Ma nawet nie najgorsze wyczucie rytmu - tylko dzięki temu udało jej się nauczyć gry na organach. Tak w sekrecie - nawet to lubi. Cichy kościół, czysty dźwięk organów, idealnie zgrany chór ludzi... Ten nastrój to jedna z niewielu rzeczy, które ją uspokajają. Na najwyższych pozycjach jest gorąca kąpiel z piwem w dłoni i kastracja kogoś, kogo nie lubi.
Ma całkiem niezłą wyobraźnię, gdy ma zrobić komuś krzywdę. Krążą nawet plotki, że w dobre dni ze zwłok potrafi ułożyć scenkę rodzajową.
Zna szokującą wręcz ilość szant i przyśpiewek.

I'M NOT THAT LITTLE DARLING, I DON'T BEG YOUR PARDON

ROCK AND ROLL CHOIR
ADOPTOWANA | MATKA JULIE | OJCIEC STEVEN

Sandy Callahan istnieje od roku. Przed nią była Alice Roseward, adoptowana córka Julie i Stevena, która przez ponad trzydzieści lat zdążyła zostać porzucona (po urodzeniu) i porzucić (naukę w liceum), zdobyć (tytuł mistrza boksu młodzieży klasy lekkiej) i stracić (miedzy innymi dziewictwo, tutaj lista jest długa). Czy nastrój jest już wystarczająco dramatyczny?

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

PONURE POCZĄTKI: Alice miała tak dramatyczne początki, na jakie tylko może liczyć kilkugodzinny płód. Urodziła się w całkowicie pustym autobusie nocnym około trzeciej nad ranem i pewnie gdyby nie to, że kierowcę zaintrygował fakt, że ciągle słyszy płacz dziecka po zatrzymaniu się na końcu linii, pewnie zostałaby na tylnym siedzeniu do samego rana, gdy pierwsi pasażerowie wychodziliby do pracy. Na szczęście do tego nie doszło, a ona dość szybko została dostarczona do szpitala i upchnięta w sam róg sali, obok innych noworodków.
Mogłoby się wydawać, że w tej chwili powinien pojawić się sierociniec i seria przykrych wspomnień z nim związanych, ale los miał dla Alice inne plany. Następnego dnia młoda Julie Roseward urodziła martwe dziecko. Podczas pobytu kobiety w szpitalu jedna z pielęgniarek wspomniała, że kilka godzin wcześniej do szpitala przywieziono porzuconą dziewczynkę.
Parę dni później "niemowlak z autobusu" miał już imię i adoptowanych rodziców. W ten sposób młode małżeństwo miało dziecko, Alice przestała być sierotą, a Julie lepiej poradziła sobie z własną tragedią. Układ naprawdę nie był zły.

LENIWE LATA: Dzieciństwo Alice było dość spokojne. By uniknąć późniejszych dramatów nigdy nie ukrywano przed nią, że jest adoptowana, ale nie wpłynęło to w żaden sposób na miłość, jaką obdarzali ją rodzice. Jej matka momentami była aż nadopiekuńcza (już jedno dziecko straciła, więc sama myśl o utracie swojego oczka w głowie była w stanie wywołać u niej panikę), lecz sama dziewczynka nie widziała w tym nic złego. Lubiła być w centrum uwagi, zarówno pośród dzieci, jak i dorosłych. Od zawsze była silnym, zdrowym dzieckiem o sympatycznej urodzie Cocker spaniela, a dodatkowym plusem było to, że rodzina Rosewardów należała do klasy średniej-wyższej. Mama - dermatolog i Tata - projektant wnętrz specjalizujący się w restauracjach dbali o to, żeby niczego jej w życiu nie zabrakło. Alice była rozpieszczana do granic możliwości.
Problemy zaczęły pojawiać się, gdy została posłana do przedszkola.
Nagle okazało się, że dziewczynka ma bardzo mocny charakter i nie szanuje opiekunek. Na nic się zdały rozmowy, tłumaczenia, czy spotkania z rodzicami - kilkulatka w zielonych ogrodniczkach nigdy nie słuchała. W końcu uznano, że jest po prostu nieprzyzwyczajona do zasad rządzących społeczeństwem, a jej charakterek opóźnia dotarcie się do norm.
Docierała się tak do wieku jedenastu lat.

TRENING TEMPERAMENTU: W końcu nawet rodzice musieli uznać, że ich kochana córeczka jest problematyczna i, z roku na rok, coraz bardziej agresywna. Wiedzieli jednak, że rozmawianie o tym, czy nakładanie na nią kar tylko pogarsza sytuację, więc postanowili rozładować jej emocje w inny sposób - zapisano ją na trening sztuk walki. Początkowo było to dość standardowe karate, ale dziewczyna nie potrafiła się dostosować do wolnego tempa treningów i notorycznie szła za daleko w kwestii użycia siły. Ostatecznie jej trener uznał, że nie będzie jej więcej wpuszczać na zajęcia, ale polecił szkołę bokserską, w której prowadzone były też zajęcia dla juniorów.
Nagle okazało się, że Alice nie musiała bić ludzi - wystarczył wypełniony piachem worek, a na dodatek miała do tego wrodzony talent.
Początkowo Julie i Steven nie byli zbyt zadowoleni z tego, że dziewczyna odnalazła się w tak niebezpiecznym sporcie, ale wystarczył miesiąc bez telefonów ze szkoły, żeby zaczęli jej kupować eleganckie rękawice i profesjonalne spodenki. W końcu wydawała się szczęśliwa, a trener zaczął ją wysyłać na wszelkie dostępne zawody, w których z czasem zaczęła zdobywać coraz to lepsze miejsca. Wysiłek fizyczny jest zdrowy, a medale i puchary świetnie prezentują się na półce tuż nad telewizorem. Mogło być gorzej - mogła lubić papierosy.
Na nie pora przyszła nieco później.

BRUTALNY BUNT: Nawet w przypadku przeciętnych nastolatków faza buntu nadchodząca gdzieś w wieku czternastu lat bywa trudna, a Alice i bez tego była problematycznym dzieckiem. Z czasem boks przestał jej wystarczać, energia i złość znów zaczęły kumulować się z tyłu jej czaszki, doprowadzając do szału przynajmniej raz na kilka dni. Teraz jednak sytuacja była nieco gorsza niż w dzieciństwie - zaczynając liceum była nie tylko wybuchowa, ale i wprawiona w zadawaniu powalających ciosów. Próbowała jednak jakoś to w sobie stłumić. Biegała, zapisywała się na dodatkowe zajęcia, spędzała więcej czasów na prywatnych treningach - niewiele to dawało. Ciągle była na coś wściekła, a świadomość, że kłopocze rodziców, którym naprawdę nie miała nic do zarzucenia sprawiała, że dodatkowo podnosiła sobie ciśnienie.
Za to jej siła zrobiła z niej popularną osobę w szkolnym półświatku. To właśnie na początku liceum pierwszy raz spotkała się z czymś, co mogło podchodzić pod przestępczość. Grupa degeneratów ze starszych klas szybko wychwyciła ją w tłumie i pokazała, że bycie "złym" czasami jest dobre, a nawet pociągające. Alice szybko zaczęła palić, pić, chadzać do klubów, a nawet eksperymentować z narkotykami, ale to szybko porzuciła - po prostu jej się nie spodobało. Poza tym bała się być oskarżona o doping na zawodach.
W wieku szesnastu lat straciła też dziewictwo. Nie ze znajomym, czy przypadkowym mężczyzną z baru, a z własnym trenerem. Pewnego dnia po prostu została dłużej, zaczęli rozmawiać, a zanim się zorientowała on ściągał z niej koszulkę, a ona rozpinała mu spodnie. Do dziś uznaje, że to była wina szalejących hormonów, ale samo zdarzenie wspomina zaskakująco dobrze. Znała mężczyznę kilka dobrych lat, był miły dla oka, sympatyczny i starał się jak mógł. Poza tym to ona go sprowokowała, a później dotykał ją tylko wtedy, gdy dała mu jasno do zrozumienia, że tego chce.
Pomimo tego, ze sytuacja nie wyglądała najlepiej z perspektywy osoby trzeciej, trener był w stosunku do niej bardzo w porządku. A Alice zawsze doceniała to w ludziach.
Niestety sprawa po jakimś czasie wyszła na jaw i jej aktywny udział w całym zdarzeniu nie miał żadnego znaczenia. Była niepełnoletnia, więc jej ulubiony trener został wyrzucony z pracy, a później wyjechał z miasta, nie mogąc sobie poradzić z krążącymi po mieście plotkami.
Od tego momentu Alice zaczęła stawać się coraz bardziej niepokorna. Straciła stałego, sprawdzonego partnera, który pomagał jej rozładować napięcie, więc to szybko wróciło. Zaczęła szukać wśród znajomych i w odwiedzanych klubach kochanków na jedną noc, ale nigdy nie znalazła kogoś, z kim chciałaby zostać dłużej niż kilka godzin. Nowy trener nie wchodził w grę - znał się na boksie, ale był dla niej zdecydowanie za stary.
Rzecz jasna rodzice nie mieli najmniejszego zamiaru stać z boku i patrzeć na to, jak ich dziecko stacza się coraz niżej w zawrotnym tempie. Dom Rosewardów szybko wypełnił się krzykami i trzaskami łamanych przez nastolatkę talerzy. Kłótnie z każdym tygodniem stawały się coraz gorsze, aż w końcu padło kilka zdań, których nigdy nie powinno usłyszeć dziecko, tym bardziej adoptowane. Była "niepotrzebna", była "czymś na wymianę", "jedyne co potrafiła robić to puszczać się i krzywdzić", aż ostatecznie - "to ty powinnaś urodzić się martwa, nie ona". Krótko mówiąc wszelki szacunek jaki czuła do swoich rodziców zniknął jak za dotknięciem magicznej różdżki, a Alice jeszcze tej samej nocy zapakowała torbę i przeprowadziła się do znajomej. Cały spór został szybko zamieciony pod dywan, ale jej kontakty z rodziną już nigdy nie były ciepłe.
Złość wróciła i przez kolejne lata nakładała się warstwa na warstwie w jej mózgu, aż stworzyła ciężki kamień czystej furii naciskający ciągle na jej skronie. Przypominało to tępą migrenę, której nie mogła się pozbyć.

FERALNY FINAŁ: Bez większych, dramatycznych zdań Alice dotrwała do swoich dwudziestych urodzin. Mieszkała to tu, to tam, czasami nawet wracała na kilka dni do domu tylko po to, żeby bez słowa położyć się w na kanapie w swoim byłym pokoju, który został przerobiony na gabinet do pracy jej ojca. Rzuciła liceum na początku trzeciej klasy. Jedynym, co się nie zmieniło były jej treningi - nie potrafiła bez nich funkcjonować. Rodzice jednak przestali za nie płacić i, wtedy już młoda kobieta, musiała opłacać je sama. Nigdy nie zniżyła się do sprzedawania za pieniądze, chociaż wiedziała, że jej znajoma Maddison zarabia w ten sposób niezłe sumy. Zazwyczaj zaciągała się jako ochroniarz na imprezach, czy też brała udział w nielegalnych walkach na gołe pięści i zgarniała zyski z zakładów.
Jakoś dawała sobie radę, a kamień rósł sobie w najlepsze.
Pewnego dnia dostała telefon. W stojący na światłach samochód jej rodziców uderzył od tyłu kierowca, który nie zdążył wyhamować. Srebrne Volvo Rosewardów zostało wypchnięte na skrzyżowanie i uderzone przez drugi samochód od strony kierowcy. Ojciec nie przeżył, matka była w stanie ciężkim. Zanim Alice zdecydowała, że pojedzie do szpitala, Julie zapadła w śpiączkę, z której lekarze nie dawali jej szans na wybudzenie.
Dziewczyna znowu była sierotą, ale nie uderzyło ją to tak, jak by się spodziewała. Miała za to wielką ochotę uderzyć kogoś.
Jej pierwszym typem była Louise Gaper, zawodniczka, z którą miała następnego dnia walczyć o przejście do kolejnego etapu zawodów. Wiedziała, w którym hotelu mieszka, dowiedziała się tego od trenera. Zamówienie taksówki i wywołanie ją z pokoju zajęło jej trzydzieści minut, złamanie jej nosa i wybicie szczęki - trzydzieści sekund.
Oczywiście sprawa została szybko nagłośniona, ale przez wzgląd na tragedię tej nocy, Roseward nie została pociągnięta do odpowiedzialności prawnej. Uznano, że działała pod wpływem emocji, a pobita kobieta uznała, że wychodziła już z gorszych sytuacji. Odebrano jej za to uprawnienia sportowe i na zawsze skreślili jej karierę bokserską.
Pozostały jej tylko nielegalne walki.

GODZINA GNIEWU: Kolejne kilka lat znów było pozbawione większych zmian. Dwa razy w tygodniu walczyła na prowizorycznym ringu w starym magazynie - zero rękawic, zero ochraniaczy, zaprzyjaźniła się z miejscową studentką medycyny, która za drobną opłatą składała do kupy tych, którzy nie chcieli iść do normalnego szpitala z różnych powodów, wynajęła nawet kawalerkę w Blue Lanterns. Nic nie wskazywało na to, żeby miała cokolwiek więcej w życiu osiągnąć, ale wtedy złożono jej propozycję nie do odrzucenia - miała dołączyć do młodziutkiego gangu Surge of Anger. Okazało się, że jego szefowa usłyszała kilka dobrych rzeczy o jej walkach i postanowiła ją zatrudnić.
Początkowo Alice zajmowała się prostym ochranianiem wymian, ale z czasem zaczęło się okazywać, że nie tylko ma świetne argumenty (lewy i prawy), ale również ma dobre wyczucie co do ludzi. Bardzo powoli zaczęła wspinać się w górę po społecznej drabinie, aż zajęła wygodną posadkę prawej ręki przywódczyni gangu. Roseward była solidna, nie miała skrupułów ani powiązań, które by ją w jakikolwiek sposób ograniczali, no i łatwiej było zabić karalucha na sterydach niż ją. Plusem było też to, że nie była uzależniona od narkotyków, więc nie podbierała z laboratoriów. Sama kobieta też była zadowolona ze swojego życia: w końcu mogła puścić wszelkie hamulce i okazało się, że tortury i zabijanie bardzo skutecznie rozbijało ciążącą jej złość, którą skumulowała przez te wszystkie lata.
Problem pojawił się dopiero kilka lat temu.
Alice, wtedy jeszcze znana jako Red, zaczęła brać na siebie coraz to więcej obowiązków w gangu - i wychodziło jej to coraz lepiej, może i uczyła się powoli, ale gdy już coś wbiła sobie do głowy, potrafiła wyciągnąć wnioski. Podejmowane przez nią decyzje nigdy nie były tragiczne w skutkach, ludzie ją szanowali i bali się jej temperamentu...
...ale ONA musiała wszystko spieprzyć.
Dalszą historię Red znają prawie wszyscy, którzy cokolwiek wiedzą o Machines. Przywódczyni SOA podcięła jej skrzydła, więc w ramach zemsty Alice wydała policji kilka magazynów gangu. Udało jej się uniknąć oskarżeń, więc zaczęła się robić coraz bardziej zuchwała - zaczęła zbierać zaufanych ludzi, tworzyć plany dotyczące nowego gangu, aż w końcu wzięła głęboki oddech i uderzyła tam, gdzie wiedziała, że zaboli.
Huk rozłamu wstrząsnął całym podziemiem Berkley, Machines na chwilę ukryli się przed kundlami SOA, a potem szybko rozeszli się po mieście jak zaraza.
Tyle że Red z nimi nie było. Kobieta zniknęła i nigdy więcej nie wróciła.

SANDY CALLAHAN: W marcu bieżącego roku do Berkley przeprowadziła się Sansy Callahan. Blondynka, zodiakalna panna, z zawodu organistka kościelna, nawrócona i ochrzczona kilka lat wcześniej. Zamieszkała w niewielkim mieszkanku blisko samego serca Brent i zaczęła swoje nowe życie w nowym otoczeniu.
Przez prawie rok Alice zarządzała gangiem spoza miasta, przechodząc w międzyczasie serię operacji plastycznych, które miały jej posłużyć za idelny kamuflaż. Może i nie była orłem w liceum, ale wiedziała, że jeśli ktoś z SOA ją znajdzie, ukrzyżowanie będzie najmilszą śmiercią, na jaką będzie mogła liczyć. Zmieniła w sobie dosłownie wszystko. Twarz, biust, oczy, włosy, zapłaciła też spore pieniądze (skradzione z gangu podczas rozłamu) na nową tożsamość. A potem pozbyła się swojego chirurga plastycznego i sprawiła, że to wyglądało na wypadek, ot - jakby postanowił coś powiedzieć.
Ale to tylko drobny dodatek, nic nie znaczący, doktor Bellton był podstarzałym singlem.

KONIEC KOŃCÓW: Nikt nie wie, co stanie się dalej. Taki urok życia poza prawem - nigdy nie wiesz, na którym końcu broni będziesz stać pod koniec dnia.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

DODATKOWE:
Patrząc po tym, że trenowała prawie całe swoje życie, nikogo nie powinno dziwić to, że w kwestiach walk na pięści jest po prostu świetna. Dodatkowo nielegalne walki nauczyły ją tego i owego...
Ma prawo jady, ale nikt o zdrowych zmysłach nie wsiada z nią do pojazdu, jeśli jego życiu nic nie zagraża. jest świetnym kierowcą, ale powiedzmy, że trawniki, parki i schody też uważa za akceptowalne drogi.
Swego czasu babrała się trochę z medycyną, kiedy kilka razy w tygodniu odwiedzała studentkę robiącą za nielegalnego doktora. Teraz nie powie jak nazywa się który mięsień, ale umie zszyć, kość nastawić i ranę oczyścić. Brakuje jej delikatności i poszanowania dla poszkodowanego, ale jeśli ktoś ma siłę marudzić na opiekę, to nie jest z nim tak źle.
O jej nosie do ludzi krąży równie dużo legend, co o jej temperamencie. Prawda jest taka, że ona po prostu umie obserwować swoje otoczenie i, w pewnym sensie na wpół świadomie, kojarzy fakty. Efekt tego taki, że czuje gdy ktoś ją okłamuje, ale zapytana o to skąd ta pewność, po prostu wzruszy ramionami.
Umie strzelać. Nie jest w tym specjalnie wybitna, ale wie którym końcem celuje się w ludzi, którym chce się zrobić krzywdę.
Jej pierwszy trener boksu nazywał się Matthew Lowe i w momencie wyrzucenia z pracy miał trzydzieści cztery lata.
Julie Roseward zmarła w szpitalu cztery lata temu. Nigdy nie wybudziła się ze śpiączki.
Jej biologiczna matka nigdy się nie odnalazła.
Gdy była mała jej rodzina miała suczkę jamnika o imieniu Coco.
Nigdy nie lubiła swojego przezwiska z czasów SOA. Nie lubi koloru czerwonego.
Pierwszego człowieka zabiła, gdy miała dziewiętnaście lat - chłopak, z którym walczyła tej nocy na nielegalnym ringu zaliczył o jedno uderzenie w głowę za dużo - umarł z powodu krwiaka wewnątrzczaszkowego.

ALL HE WANTED WAS LOVE, SHE'LL LOVE HIM TO DEATH



STATYSTYKI
CELOWANIE – 5
SIŁA – 7
KONDYCJA – 7
INTELIGENCJA – 2
WYTRZYMAŁOŚĆ – 6
WALKA WRĘCZ - 7
ZRĘCZNOŚĆ - 6

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PARZYSTOKOPYTNY
PARZYSTOKOPYTNY
avatar


PisanieTemat: Re: Row, row, row your boat, slowly down the Styx   Czw Paź 01, 2015 10:53 am

Karta świetna. Przemyślana i ładnie są w niej ujęte najważniejsze informacje. Szczerze, nie spodziewałem się tak intrygującego lidera Machines. Jestem pozytywnie zaskoczony.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Row, row, row your boat, slowly down the Styx
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
When no one knows your name :: Postacie :: Akta postaci-