Gabinet na najwyższym piętrze

IndeksFAQCalendarSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj


Share | 
 

 Gabinet na najwyższym piętrze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
KOMISARZ
KOMISARZ
avatar


PisanieTemat: Gabinet na najwyższym piętrze   Wto Paź 06, 2015 10:21 pm

    Gabinet Pana i Władcy całego tego przybytku (i jeszcze kilku skromnych burdeli rozsianych na obrzeżach miasta) znajduje się na najwyższym piętrze wcale niewysokiego budynku, który nawet nie wystaje dachem ponad resztę zabudowy i w związku z tym wcale nie posiada świetnego widoku z okna; a jedynym co może oglądać to podwórko wraz z pasożytujacymi tam mieszkańcami okolicznych bloków.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MIESZKANIEC BERKLEY
MIESZKANIEC BERKLEY
avatar


PisanieTemat: Re: Gabinet na najwyższym piętrze   Czw Paź 08, 2015 1:25 pm

Ethan zmrużył delikatnie powieki, kiedy powoli schodzące coraz niżej słońce zaczynało wychylać się zza wysokiego okna i ze snajperską celnością trafiać go w lewe oko. Nie zamierzał tkwić w tej niekomfortowej pozycji więc przesunął się o kilka centymetrów w prawo, nieco bliżej cienia i tym razem od ataków gwiazdy chroniła go gruba ściana. W obszernym pokoju było niezwykle cicho, tak, że najwięcej uwagi przyciągał cichy świst podkładki chłodzącej jego laptopa i jeszcze cichsze skrobanie pióra na papierze, które królowało kilka metrów dalej w epicentrum biura. Teraz jeszcze do wszystkiego doszło powolne pukanie palca chłopaka o touchpad. Zakończył pisanie kodu już jakiś czas temu i cały system wymagał ponownego włączenia, ale przy okazji najnowszy Windows napotkał na drodze jeszcze kilka niezbędnych mu do działania aplikacji do ściągnięcia albo uaktualnienia i teraz zamiast ekranu startowego miał jedynie cyfry na nieprzyjemnie niebieskim tle. Sam był sobie winien, nie pamiętał kiedy ostatnio dawał swojemu laptopowi chociaż chwilę wytchnienia i wyłączył zamiast jak co noc po prostu go przymykać. A teraz złapał go sąd ostateczny i nie potrafił nijak przyspieszyć tego procesu. Pozostawało mu tylko otrząsnąć się z uśpienia w jakim tkwił, kiedy wciągał się w pracę i powrócić do rzeczywistości. Przesunął dłonią po obolałym karku i uciekł wzrokiem na bok, ciesząc oczy kunsztem masywnego ciemnego biurka, należącego do gospodarza tego przybytku. Pan Berkovitz siedział pochylony nad jakimiś dokumentami, ani na sekundę nie odrywając od nich wzroku i raz na jakiś czas zaszeleścił jakąś kartką przewracając stronę lub odlepiając od nich notatki swojej sekretarki, która przyczepiała je do dokumentów charakterystycznymi żółtymi karteczkami. Jak długo już tu siedzieli? Ethan zerknął w drugą stronę, na wiszący na ścianie prosty, czarny zegar, ale stwierdził, że chyba jest popsuty, bo wszystkie wskazówki wisiały smętnie główkami w dół. Nawet sekundnik się nie ruszał. Chłopak mlasną cicho ustami niepocieszony i spojrzał z powrotem na ekran komputera. Dopiero teraz cyfra oznaczająca procent postępu w ładowaniu zwiększyła się o jedną jednostkę. Zmarszczył nos i odłożył laptopa na przeszklonym kawowym stoliku, po czym z ociąganiem podniósł się ze skórzanej sofy, którą nagrzewał własnym ciałem już od jakiegoś czasu. Kołatało mu się po głowie to, iż Pan Berkovitz pozwolił mu dziś na pracę tutaj tylko wtedy, kiedy chłopak będzie zachowywał się tak, jakby go w ogóle nie było. Dotąd się udawało, ale teraz nieco się nudził i mógł choć trochę poeksplorować to pomieszczenie. Nie bywał tu za często – po prawdzie to był jego drugi raz, za pierwszym został tu przywleczony siłą po blisko roku uciekania przed tym człowiekiem. Historia o tym, jak skończył pracując dla Niego była jeszcze ciekawsza.
Dlatego dopiero teraz miał chwilę czasu na przyjrzenie się wysokim półkom zapełnionym książkami i wypchanymi po brzegi segregatorami. Były zatytułowane w jakimś niezrozumiałym języku, na pewno nie angielskim. Po prawdzie Ethan nie mógł przyrównać dziwnych zlepków pochyłych liter do jakiegokolwiek innego języka, z jakim się spotkał, ale rozumiał, iż Pan Berkovitz był poliglotą – nie dziwota, że miał zadatki na opisywanie ważnych dokumentów w języku, jaki danego dnia mógł mu najbardziej odpowiadać. Na żadnej z książek nie znajdował się ani gram kurzu – ktoś mocno dbał o to miejsce... Wish przeszedł się kilka kroków wzdłuż ściany, sunąc palcami po to miękkich, to twardych grzbietach coraz większych lektur, aż doszedł do miejsca, w którym znajdował się na tym samym poziomie co masywne czarne biurko. Zatrzymał się automatycznie, czekając na słowa przygany odnośnie tego, że naruszył teren silniejszego drapieżnika, ale nic takiego się nie stało. Dalej tylko szelest i skrobanie. Haker zwrócił wzrok w kierunku owego drapieżnika – z boku, kiedy nie narażało się na kontakt z Jego spojrzeniem, wyglądał jakby łagodniej. Dziś nie związał włosów w kucyk, jak zwykł to robić przy ponad trzydziestostopniowym upale; dziś zostawił je rozpuszczone. Po widocznej stronie zgarnął je za ucho, ale kilka cieńszych kosmyków wymsknęło się z tego więzienia i końcami łaskotało czytany dokument. Był tak zajęty, że nie widział, jak ktoś się zbliża albo po prostu idealnie udawał, że nie widzi. Ethana ciekawiło co on ciągle czyta, czemu sterta papierzysk przed jego twarzą nie maleje, niezależnie jak długo tutaj siedzieli? Dlatego jak w transie podszedł bliżej i oparł się dłonią o szczyt miękkiego, obrotowego fotela pochylając się lekko by dojrzeć... pustą kartkę, na której eleganckie pióro kreśliło jakiś nieistotny szlaczek. Zupełnie jakby czekał aż ofiara się skusi i podejdzie bliżej. Mężczyzna błyskawicznie chwycił drugą dłoń Ethana, którą ten zamierzał oprzeć o podłokietnik fotela i szarpnął nią w swoją stronę tak, że chłopak uderzył plecami o blat biurka i tak pozostał, czując jak pióro i nierówne górki kartek nieprzyjemnie układają się pod jego ciałem. Smukłe palce chwyciły go za dolną szczękę unieruchamiając tym samym twarz i szef zawisł nad nim jak sep nad padliną. Spojrzenie pary oczu niebieskich jak arktyczny ocean odebrało młodszemu oddech i tym samym rosnący w gardle bełkot pełen sprzeciwu. Już wiedział, że wraz z poderwaniem się z sofy popełnił jeden z gorszych błędów życia, a teraz mógł tylko bezczynnie patrzeć jak mężczyzna się pochyla, jak ogrzewa jego spękane usta oddechem i nie chcąc z tym walczyć przymknął powieki, pozwalając, by cały strach spłynął gdzieś na wypastowaną podłogę biura. To na pewno była kolejna z Jego chorych gierek, które miały tym razem na celu ośmieszyć naiwność młodego pracownika i pewnie już za moment to wszystko obróci się w żart, ale dawał słowo, że już praktycznie czuł Jego wargi przy swoich. I wtedy z gardła mężczyzny wydostał się bardzo mechaniczny, kobiecy głos:
- Następny przystanek: Victoria Street.

Ethan ocknął się i otworzył szybko oczy, kiedy autobus mocniej podskoczył na najpewniej źle mijanej studzience kanalizacyjnej. Jakiś dzieciak o jasnych włoskach wpatrywał się w niego z przejęciem podczas, gdy jego mama była zajęta plotkowaniem z siedzącą obok koleżanką. Wish rozejrzał się nieprzytomnie po wnętrzu pojazdu i stwierdził, że nie tylko on wygląda tutaj jak zombiee. Poprawił przytulaną do piersi torbę z notebookiem i zerknął na zegarek. Miał jeszcze piętnaście minut i na następnym przystanku wysiadał – znak, że trochę się pospieszył, ale wszystko to było winą faktu, że miał z mieszkania naprawdę długi dojazd. Aż dziw, że jego siostra znosiła to bez szemrania od prawie jedenastu lat. Była naprawdę niesamowita.
Dziś nie udawał się jak co dzień do przyczółku Pana Gampa, jak dotąd czołowego hakera i zdecydowanie bardziej doświadczonego człowieka, którego Pan Berkovitz zatrudniał dużo wcześniej – nie, tym razem miał się udać do dzielnicy uciech, do głównego burdelu miasta, do jaskini lwa i to wczesnym rankiem. Godzina dziewiąta była dla niego wczesnym rankiem. Na szczęście, tak jak się spodziewał, jego mentor musiał uprzedzić co ważniejszych ludzi o wizycie swojego podwładnego i dostanie się do gabinetu właściciela poszło mu łatwiej niż poranne kupienie słodkich bułek u nieprzyjemnej Pani Pigg, której nie lubił nikt na jego osiedlu – ale bunt nie wchodził w grę, bo bułki miała najlepsze. Chłopak chrząknął i jeszcze raz zerknął na zegarek. Było za pięć. Miał tu być o dziewiątej więc się nie spóźnił... Niby nadgorliwość bywała gorsza od faszyzmu, ale temu człowiekowi wolał się nie narażać na żadnej płaszczyźnie.
Zapukał w eleganckie drewno.
- Panie Berkovitz? Tu Ethan, Pan Gamp mnie przysłał, mam Panu jak najszybciej stuningować laptopa. - wyjaśnił przez grubą warstwę drzwi czekając jak kołek na jakikolwiek sygnał zezwalający na wstęp.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
KOMISARZ
KOMISARZ
avatar


PisanieTemat: Re: Gabinet na najwyższym piętrze   Pią Paź 09, 2015 7:24 pm

Ostatnie dni nie przyniosły mu zbyt wiele snu. Zasadniczo można by to uznać za jego własną decyzję podjętą jeszcze przy całkiem trzeźwym i nieźle funkcjonującym mózgu, aczkolwiek mimo to wciąż miał wrażenie, że ktoś specjalnie zaplanował te wszystkie usterki. Rzadko zdarzało się, żeby w jego perfekcyjnie zarządzanym królestwie cokolwiek pierdolnęło, a już zwłaszcza kilka różnych rzeczy i to w tym samym czasie. Co nie oznaczało jedynie strat, w gwoli ścisłości udało się wyhaczyć z bajora gówna wiele interesujących pomysłów, dzięki którym postanowił ulepszyć choćby zabezpieczenia w systemie. Naprawdę nie zamierzał ponownie doprowadzić do sytuacji, w której jakiś znudzony gówniarz włamuje mu się do bazy danych i wykrada cokolwiek poufne informacje na temat jego burdelowego królestwa. Lubił swoją pracę, jedną i drugą, a co za tym idzie, wcale nie zamierzał z niej zrezygnować. Nie teraz gdy stosunki z panem komendantem były nad wyraz dogodne i właściwie nie mógłby sobie życzyć lepszych. No może nie byli najlepszymi przyjaciółmi, w gruncie rzeczy wcale tego nie pragnął najbardziej na świecie, ale i nie mógł uznać go za kogoś kogo nienawidził. Może trochę gardził zbyt wielką dobrocią i dobrodusznością, ale poza tym to był całkiem sensowny facet.
- Wejść. - czasami lubił droczyć się ze swoimi pracownikami i zamiast po angielsku zwracać się do nich w różnych językach, w zależności od zachcianki, pory dnia czy godziny. Nie zdarzało się to zbyt często, ponieważ pan Berkovitz nie należał do ludzi wybitnie żartobliwych, ale od czasu do czu mógł ich nieco postraszyć dla własnej uciechy. Gorzej gdy ktoś znał np. niemiecki i bez problemu odpowiadał na tę jawną zaczepkę. I albo wychodziło się z tego obronną ręką, albo miało się jeszcze bardziej przesrane.
Młodzieniec na szczęście jeszcze nie trafił na dzień, w którym Dante zechciałby się z nim pobawić w tę lingwistyczną zgadywankę. Zamiast tego rzucił to gromkie: „wejść” z tonem jakby był wybitnie niezadowolony z tego najścia, bo i nie był. Niby Gamp mu coś wspominał, że muszą zabrać się i za jego komputer, ale był święcie przekonany, że zajmie się tym OSOBIŚCIE a nie wyśle tego szczyla, którego wcale, ale to wcale nie chciał nigdy więcej dopuszczać do swoich prywatnych spraw, w tym laptopa. Poniekąd nie była to tak drogocenna rzecz jak choćby jego samochód, ale mimo wszystko miał złe wspomnienia związana z Ethan + jego laptop. To zdecydowanie skończy się źle. I coś mu mówiło, że pan Gamp zechciał sobie trochę zakpić ze swojego przełożonego, oby nie odbiło mu się to tylko czkawką.
- Panie Bishop, nie przypominam sobie, żebym akurat panu zlecił to zadanie. Mógłby mi pan wytłumaczyć, dlaczego Tony nie mógł zająć się tym osobiście? – miał dodać jeszcze coś w stylu: „skoro mu za to płacę, to mógłby ruszyć swoją dupę i zająć się robotą, która do niego należy”, ale za dużo mówienia i wypowiadania tak nieodpowiednich słów przy tym dzieciaku. Dopiero teraz wskazał mu rękę aby usiadł naprzeciw niego, w średnio wygodnym krześle przypominającym fotel, coś co miało łączyć w sobie wygodę i funkcjonalność, ale jak zwykle to bywało w przypadku takich designerskich hybryd, nie było ani wygodne, ani funkcjonalne, a już z pewnością nie lekkie i łatwe do przestawiania. Więc stało wciąż w tej jednej i niezmiennej pozycji, na tyle daleko od biurka, by goście mogli względnie swobodnie wsunąć się na siedzenie i nie być zanadto oddalonymi od właściciela gabinetu, który uważnie się im przyglądał zza drugiej strony mahoniowego biurka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MIESZKANIEC BERKLEY
MIESZKANIEC BERKLEY
avatar


PisanieTemat: Re: Gabinet na najwyższym piętrze   Pon Paź 12, 2015 9:13 pm

Nie musiał czekać długo na zgodę, choć dopiero po ostatnim wypowiadanym przed drzwiami słowie dotarło do niego, że Pan Berkovitz mógł mieć w tej chwili w środku jakiegoś interesanta i lepiej było poprzestać na pukaniu. Szkoda tylko, że pomyślał o tym po fakcie. Ciągle, nawet mimo półrocznej pracy dla tego człowieka, nie mógł się obyć z pewnymi niepisanymi prawami na pograniczu dobrego wychowania i biznesowego savoir-vivre'u. Pewnie był to jeden z powodów dla których mentor Ethana trzymał go z dala od Szefa – żeby ten nie działał Dantemu na nerwy bardziej niż już zaczął. Ale ta całą sytuacja rodziła w młodym hakerze pewne małe nadzieje na awans i poszerzenie horyzontów w zakresie swoich zadań, zwłaszcza po jego wieczornej rozmowie z Tonym.
Wolał nie kazać szefowi czekać i wszedł do gabinetu przystając dopiero przed biurkiem, ale słowa pracodawcy dotarły do niego już w połowie tego spaceru.
- Dzień dobry. - odparł swoim zwyczajowym tonem, czyli beznamiętnie, z lekką chrypką i naleciałościami niewyspania. Nawet nie liczył na odpowiedź ze strony Pana Berkovitza. Usiadł chętnie i odpiął swój płaszcz, ponieważ zapięty w takiej pozycji układał się w nieprzyjemne fałdy i zapięty wysoko kołnierz zasłaniał usta. - Pan Gamp zlecił mi to, ponieważ uważa, że wreszcie powinienem zabłysnąć w Pańskich oczach... i to jak najszybciej zanim zmieni Pan decyzje odnośnie mojego zatrudnienia. Twierdził, że jestem już dzięki niemu tak dobry w montowaniu tego typu... - pchało mu się na usta „farfocli” - ...fikuśnych dodatków, że mogę go spokojnie reprezentować w tym zadaniu i tym samym trochę się zrehabilitować. - brzmiał tak, jakby sam w to wszystko nie wierzył. Nie tyle w to, że sobie nie poradzi, ale to, że kiedykolwiek ten człowiek po drugiej stronie mahoniowego biurka spojrzy na niego łaskawiej. Sam nie wiedział czy podczas gorszych zawirowań w interesie człowiek przed nim patrzy łaskawiej na własne odbicie, a co do piero na kogoś, kto chociażby raz w życiu zalazł mu za bladą skórę tak mocno, że zwiedził jego gabinet w trybie błyskawicznym po złapaniu, zamiast skończyć z betonowymi butami w dokach późną nocą.
Ethan uznawał za przyjemną odmianę to, że mógł oglądać to pomieszczenie z perspektywy siedzącego na fotelu, a nie przyciśniętego do podłogi. Rozglądał się po nim śmielej niż powinien, stwierdzając z ulgą, że jego fantazje były naprawdę dalekie od rzeczywistości – szybko jednak zwrócił się spojrzeniem z powrotem w stronę swojego pracodawcy. Ale nie patrzył mu z oczy. Wodził wzrokiem po jego policzku, ustach, podbródku, czasem szyi albo czole, ale oczy omijał z uporem maniaka. Ostatnimi czasy, kiedy miewał te dziwne sny i każdy z nich kończył się w taki sam sposób, naprawdę ciężko było krzyżować z Nim spojrzenie. O ile od samego początku pracy wytrzymanie naporu siły w tej prostej czynności było bardzo trudne, to teraz to mentalne kowadło było nie do uniesienia. Dlatego Ethan z niejaką ulgą przypomniał sobie, że powinien się zabrać za swoje zadanie i oparł swoją workowatą torbę o kolana, zaczynając w niej grzebać.
- I powiedział, cytuję: „Przynajmniej jeśli coś spierdolisz, to nie ja będę świecił oczami przed naszym wspólnym szefem”. - dodał jeszcze ciszej i w jego dłoni zagościł nowy gadżet: pad czuły na linie papilarne, który już dziś miał się stać elementarną częścią laptopa Pana Berkovitza. - Jeśli się Pan martwi, to mogę zapewnić, że będzie to praca czysto techniczna, nie będę go odpalał. - kilka ceglastych wypieków zagościło gdzieś w okolicach poniżej kącików uszu. Uderzało go to, że nie zasłużył sobie jeszcze na zaufanie, ale musiał to przełykać za każdym razem, kiedy dystans jego przełożonego praktycznie parzył go po łapach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
KOMISARZ
KOMISARZ
avatar


PisanieTemat: Re: Gabinet na najwyższym piętrze   Czw Paź 15, 2015 11:48 pm

Początkowo planował być wysoce niekulturalnym człowiekiem, na tyle by choćby nie spojrzeć w stronę młodzieńca, gdy ten wysilał się w najlepsze tylko po to by wymyślić coś na swoją obronę. Wbrew pozorom Tony, choć był spokojnym i niezwykle wyważonym człowiekiem, to posiadał naturę figlarza. To był ten moment, w którym zdecydował się zabawić kosztem chłopaka. Biedny Ethan nie miał pojęcia, że tak naprawdę jest tylko marionetką w dłoniach tych dwóch wyrachowanych mężczyzn. Prowadzili tylko sobie znaną rozgrywkę i o dziwo wszelkie przejawy niesubordynacji pana Gampa zawsze uchodziły mu płazem, nawet gdy Dante musiał przełknąć gorzką porażkę. Skończył coś pisać, odłożył wieczne pióro na swoje miejsce, do eleganckiego, wyścielanego miękkim aksamitem, futerału i zaszczycił gościa cokolwiek uprzejmym spojrzeniem. I choć wyglądało ono niepozornie, to już lustrowało go na wszystkie możliwe sposoby. To nie tak, że czegoś nie wiedział o chłopaku. Pierwszą rzeczą jak zrobił było prześwietlenie jego kartoteki, dowiedzenie się dosłownie o wszystkim, co tylko mógł kiedykolwiek zrobić czy powiedzieć, a tym samym zgłębić tajniki jego krótkiego, bo zaledwie dwudziestodwuletniego życia. Teraz mógł tylko analizować go pod kątem charakteru, pewnych przyzwyczajeń, sposobie wysławiania się… uniósł uprzejmie brwi zdziwiony, gdy młodzieniec wypowiedział „fikuśne dodatki”, zamiast wypowiedzieć jakiś specjalistyczny termin określający to techniczne cacko.
- Zapewne pan Gamp doskonale wie co robi. – rzucił niby w jego kierunku, ale niekoniecznie; i to takim tonem, że Ethan mógł stwierdzić, ze zdecydowanie nie chciałby być tego dnia w skórze swojego niebezpośredniego przełożonego, który najwyraźniej będzie miał przechlapane, a może już ma?
- Nie wiem czy pan Gamp cokolwiek panu wspominał, ale nie lubię gdy osoby trzecie ingerują w istotę mojego laptopa zwłaszcza, gdy zapomną wyjaśnić co zamierzają zrobić. – z reguły nie dawał aż tak jasnych wskazówek odnośnie cudzej pracy. Zrobiłeś błąd – wylatujesz; prosty mechanizm, ale Ethan miał w sobie coś, co Tony docenił i już od ponad tygodnia wiercił Dantemu dziurę w brzuchu, by ten z łaski swojej zainteresował się młodym, skoro w końcu przystał na jego propozycję przygarnięcia go pod swoje skrzydła. Bo o ile oficjalnie, to Dante zaproponował cały ten szmajs z zostawieniem go pod opieką Gampa, o tyle prawda była nieco inna. To on wstawił się za gówniarzem i poniekąd uratował go od wylądowania na dnie pobliskiego jeziora w betonowych butach. Trochę szkoda ładnej buźki, ale ryby z pewnością nie narzekałyby.
- Być może pan Gamp niepotrzebnie spieszy się na emeryturę, skoro zamierza się wyręczać, czy jak to zgrabnie ujął – pozwolić panu wkupić się w moje łaski. – wykrzywił usta w czymś w rodzaju ironicznego uśmiechu, doskonale pasującego do równie drwiącego tonu głosu, choć Dante wcale nie był zły na młodzieńca. Cały czas rozchodziło się o głupią rozgrywkę między dwoma starymi dziadami, którym nadto się nudziło i coraz wynajdywali sobie lepszą rozrywkę kosztem innych osób. Spojrzał zaraz ponownie to na młodego, to na urządzenie, które miało zostać zainstalowane przy jego laptopie. Nie był szczególnie zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale nie zamierzał utrudniać mu pracy, nie dzisiaj.
- Dobrze, niech się pan zajmie montażem. Może przy okazji zechce mi pan opowiedzieć czego do tej pory nauczył się w naszych skromnych progach? Czy pan Gamp wprowadził pana w tajniki naszych zabezpieczeń? – zasadniczo nie był szczególnie kąśliwy, być może trochę wykrzywił usta w lekkim grymasie, ale nie zrobił nic ponadto. Podniósł się z krzesła, żeby podać komputer chłopakowi a samemu uwolnić się zza biurka i przejść na drugą jego stronę, wprost za plecy chłopaka, ponieważ miał ochotę poprzyglądać się jego pracy, dzięki czemu miał gwarancję, że nie spartoli tej rzekomo banalnej czynności podłączenia fikuśnych dodatków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MIESZKANIEC BERKLEY
MIESZKANIEC BERKLEY
avatar


PisanieTemat: Re: Gabinet na najwyższym piętrze   Wto Paź 20, 2015 12:47 am

Chłopak pokręcił głową zdecydowanie, kiedy Pan Berkovitz zadał pierwsze pytanie. Thomas Gamp nie mówił swojemu młodemu podopiecznemu za dużo o ich szefie, otwarcie wychodził z założenia, że rudzielec sam musi go poznać, bo w przeciwnym wypadku nauczka nie będzie dość mocna. Na początku takie podchodzenie do tematu straszyło nieco Bishopa, ale po pół roku bezowocnych ostrzeżeń nadal nic się nie działo, więc chłopak zaczął podchodzić do wszystkiego nieco lżej. Nie było to jeszcze olewatorskie, bo nadal był w obliczu najwyższego w ich maleńkiej hierarchii bardzo ostrożny, ale nie traktował już tego mężczyzny jak potwora z horroru, który wieczorem skrzypi drzwiami od szafy albo drapie paznokciami podłogę pod łóżkiem, zabiegając o uwagę, by potem wciągnąć kogoś do krainy wiecznego kodowania, nie dając mu szansy nawet pisnąć. Potraktowanie Pana Dantego Berkovitza niepoważnie było na samym końcu listy rzeczy, które można by zrobić przed śmiercią i pod nim była właśnie ona – zupełnie nieprzypadkowo.
Nie podejmował tematu wątpliwego towarzystwa szczęścia w najbliższej przyszłości pana Gampa, pozwolił mężczyźnie spokojnie porozkoszować się wizją zemsty – Eth cieszył się w końcu najdłużej jak mógł z tego, że to nie on jest jej głównym celem w tej chwili.
Przyjął laptopa ostrożnie i usadził go sobie na kolanach, pośpiesznie zsuwając z ramion płaszcz i zostawiając go za swoimi plecami – nie był pewien czy nie istnieje gdzieś w grubej księdze dobrych manier kruczek, w którym są specjalnie wyszczególnione rodzaje krzeseł biurowych, na których nie można zawieszać płaszczy od tak sobie. A jego robota, nawet jeśli nie zamierzała trwać godzinami, to pokój ten był na pewno dogrzewany lepiej niż wychłodzony autobus.
- Nie... nie mam jeszcze dostępu do głównej bazy danych. - wytłumaczył z ociąganiem, otwierając laptopa, by zając czymś ręce. Czuł wyraźnie, że nawet pomimo grzecznościowego zwrotu „zechce mi pan„ sugestia ze strony Pana Dantego nie była... z rzędu tych delikatnych. O ile w ogóle weźmie się pod uwagę fakt, że ten człowiek wydawał się mieć łagodność papieru ściernego. - Póki co Pan Gamp skupił się z moją nauką stricte na montażu i powoli pozwala bawić z próbnym systemem ochronnym na wymyślonej bazie danych, jaki sam opracował będąc niewiele starszy ode mnie i dopieścił po latach. Ale idzie bardzo dobrze, choć przyznam, że ma on do mnie niewiele więcej zaufania niż Pan, więc niezwykle mozolnie. Sadze więc, że do czasu aż mój mentor nie zostanie odesłany na emeryturę przez wiek, to może uda mi się samemu przepakować wirtualną część Pańskich interesów własnymi pułapkami. - uśmiechnął się do siebie, wydobywając z torby narzędzie zakończone cienkim metalem, wyglądające nieco jak skalpel, ale z pewnością nim nie było. Naparł umiejętnie na kraniec obudowy laptopa okalającej klawisze i ta odpuściła od razu pozwalając się podnieść. Wszystkie klawisze zadrżały, widać było, że w obecnym stanie, gdyby Ethan popełnił błąd, to rozsypałyby się jak puzzle.
- Pracę Pana Gampa również lubi Pan oglądać z tak bliska? - zapytał w końcu delikatnie obracając głowę tak, by spojrzeć na predatora od dołu, ale szybko wrócił uwagą na swoją robotę. W takiej sytuacji stres był jeszcze większy, ale z tego Pan Berkovitz najpewniej zdawał sobie sprawę.
Dupek.
- Ah, zapomniałbym. - coś mu zaświtało i po krótkim wychyleniu się na bok, zamiast laptopa ułożył na krawędzi biurka mężczyzny papierową, lekko wypchaną czymś ciepłym i apetycznie pachnącym torebkę. Miała logo piekarni. - Pomyślałem, że może być Pan głodny skoro siedzi tu ponoć już od siódmej. Kupiłem trzy, bo nie wiem jakie Pan lubi... Proszę sobie wybrać, a ja jakoś zutylizuję resztę. - odparł do bólu szczerze. Niektórzy ludzie mówili mu, że ze swoją prostolinijnością potrafił niebezpiecznie ocierać się o granice bycia „niegrzecznym” a nawet „grubiańskim”, ale nigdy nie potrafił w tej materii wyłapać o co właściwie chodzi.
Miał jakąś głupią, cichą nadzieję, że taki mały podarunek może odwróci Jego uwagę. Zupełnie jak rzucanie kawału mięsa lwu w ZOO podczas, gdy chciało się zrobić mu porządek w klatce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
KOMISARZ
KOMISARZ
avatar


PisanieTemat: Re: Gabinet na najwyższym piętrze   Sro Paź 28, 2015 9:38 pm

Co wieczór po powrocie do apartamentu, siadał w wysokim fotelu skierowanym w stronę kominka. Właśnie wtedy oddawał się zadumie, myśląc w jaki sposób przestraszyć swych pracowników dnia następnego.
Otóż nie.
He doesn't give a fuck.
A niech się go boją skoro tak bardzo im na tym zależy. Przez większość czasu nawet jakoś szczególnie się nie starał, żeby im dopiec czy wywołać elektryczny dreszcz wspinający się wzdłuż kręgosłupa. W gruncie rzeczy nic nie mógł poradzić na to, że wystarczy odrobinę się skrzywić i spojrzeć mniej przychylniej, żeby ludzie zaczęli truchleć na jego widok. Brak emocji, a raczej nagminne nie okazywanie też było całkiem skutecznym zabiegiem, który Dante z powodzeniem wykorzystywał przez większość czasu. Tyle, że on taki już był, bo nadmierne okazywanie uczuć nie leżało w jego naturze i jakoś nie zamierzał tego zmieniać tylko, dlatego że ktoś, znaczy wszyscy, mieli z tym większy problem.
Teraz tylko czekał, aż ta mała, puchata owieczka zbliży się trochę do błyszczących oczu wielkiego, groźnego wilka za jakiego uważali go właściwie wszyscy. Ethan oczywiście połknął haczyk, a jakże. Nie dość, że się odwrócił w jego kierunku, być może speszył się czując świdrujący wzrok szefa utkwiony gdzieś w okolicach jego dłoni, to jeszcze ośmielił się wypowiedzieć te niefortunne słowa.
- Widzi Pan, Panie Bishop... – uśmiechnął się niezwykle uprzejmie, tak jakby tłumaczył coś wyjątkowo opornemu uczniowi. Zasadniczo nie wyglądał w tym momencie bardzo strasznie, tylko trochę niepokojące mogło być to nazbyt spokojne zachowanie. - Jak już wspomniałem, a muszę nadmienić, że naprawdę nie lubię się powtarzać, nadzorowanie Pańskiej pracy przy moim laptopie wydaje się jedynym słusznym rozwiązaniem. Przecież nie chcielibyśmy, żeby powtórzyła się sytuacja sprzed roku, prawda? - i tu na powrót przywołał naprawdę sympatyczny, wręcz do bólu sympatyczny uśmiech, kiedy umieścił obie dłonie na ramionach chłopaka i lekko zacisnął na nich palce. Doskonale pamiętał jak młodzieniec brudził swoją krwią jego, świeżo przywieziony z pralni chemicznej, dywan. Leżał jakieś trzy kroki dalej od fotela, na którym obecnie siedział, zwijając się obok zapłakanej siostry. Coś tam nawet mamrotał pod nosem i dałby sobie rękę uciąć, że na zmianę powtarzał: „ja pierdolę, przepraszam, ja pierdolę, ty gnoju, przepraszam nie chciałem, ja pierdolę ty chuju, przepraszam to nie ja...”, zupełnie jak zepsuta katarynka.
- Naprawdę mi zależy na owocnej współpracy Panie Bishop, ale nie może mi Pan dawać powodów do zastanawiania się czy dobrze zrobiłem pozwalając Panu u mnie pracować. – nachylił się w chwili, w której zaczął mówić, tak by móc muskać ciepłym oddechem lewą małżowinę. Z jednej strony ten ostry i pozbawiony uczuć ton głosu przyprawiał o ciarki, a z drugiej wiele osób mogłaby słuchać go godzinami ze względu na niezwykle głęboką barwę.
- Proszę mnie nie zawieść. – odsunął się i wrócił za swoje biurko, nawet nie zaszczycając ponownym spojrzeniem młodzieńca czy papierowej torby wypchanej łakociami. I można by sądzić, że ta ołowiana atmosfera będzie się tak unosić przez resztę czasu, ale do pokoju weszła sekretarka pana Berkovitza.
- Ma Pan połączenie na drugiej linii.
- Rose, proszę zajmij się tym. – wskazał dłonią na paczkę z bułkami, która w niezwykle szybkim tempie zniknęła z biurka, gdy kobieta zabrała ją i wyszła z gabinetu. W tym czasie mężczyzna sięgnął po słuchawkę telefonu i najwyraźniej nie zamierzał się przejmować obecnością młodzieńca.
- Witam. Tak. Rozumiem. Nie. Pamiętaj o dokumentacji. Tak. Do Egiptu. Tak. Do widzenia. – krótko, szybko i na temat. Tak z reguły wyglądały wszystkie rozmowy prowadzone przez Dantego, bo on nigdy o nic nie pytał, tylko potwierdzał bądź zaprzeczał.
Podniósł ponownie słuchawkę.
- Rose, przynieś herbatę. Jedną. – nie musiał długo czekać. Weszła kilka minut po tym jak do niej zadzwonił. W jednej dłoni niosła talerzyk, na którym poukładała bułeczki, zaś w drugiej kubek, znad którego unosiły się obłoczki pary.
- Proszę. Uważaj, bo jeszcze gorąca. - posłała niezwykle sympatyczny uśmiech w stronę Ethana, gdy postawiła kubek i talerz z wypiekami tuż przed nim. I wyszła. Od razu, wszakże im dłużnej krzątałaby się, tym bardziej prawdopodobne byłoby rozzłościć Dantego. Chociaż teraz wyglądał całkiem niepozornie, gdy ponownie pochylił się nad stosem dokumentów zaścielających jego obszerne mahoniowe biurko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MIESZKANIEC BERKLEY
MIESZKANIEC BERKLEY
avatar


PisanieTemat: Re: Gabinet na najwyższym piętrze   Czw Paź 29, 2015 1:22 pm

Jakkolwiek niesamowicie na co dzień dobrze szło mu dilowanie z takimi małymi pracami naprawczymi lub ulepszającymi, to wtedy zawsze mógł liczyć na to, że zostawi się go z tym wszystkim w spokoju – i Pan Gamp zwykle właśnie tak robił. Obydwoje poniekąd trochę nauczyli się siebie nawzajem na pamięć i Tony zobaczył, że jeśli młody na problem, to ufnie przychodzi po poradę, a nie stara się grzebać sam i wysadzać po kolei próbny serwer. Plik po pliku. Tutaj wdepnął jednak na zupełnie inny, obcy dla siebie teren i wszelkie wcześniejsze zasady komfortowej współpracy zostały za drzwiami. Naprawdę, po tych początkowych posunięciach Pana Berkovitza ciężko było nie uznać, że jest on cholernie złośliwym człowiekiem.
I teraz Ethan był skazany na patrzenie na swojego szefa z dołu, obserwując to, jak na twarzy mężczyzny na zawołanie pojawia się pełno nierzadko sprzecznych ze sobą emocji – w takim natężeniu, że ciężko było zgadnąć, które z nich są dominujące, a i tak należało jeszcze uwzględnić fakt, że wcale nie musiały być szczere. I jeszcze ten tembr głosu...
- Nie, nie chcielibyśmy. - odparł być może i daleki od transu, ale na pewno wkładający w te słowa zaskakująco dużo przekonania. Tak, zdecydowanie wolał siedzieć na ciepłej i niezbyt wygodnej, designerskiej hybrydzie, niż krwawić na świeżo wypastowaną podłogę. Nawet jeśli do siedzenia dokładał się bardzo namacalny masaż od gospodarza. Z tym, że ta niewątpliwa, wysublimowana pieszczota bardziej zmieniała ramiona chłopaka w głaz niż w miękkie tworzywo, na którym można by pracować - bo w istocie spiął się i to bardzo. Do dziś pamiętał, jak trzech rosłych facetów zdążyło go mocno poturbować, zanim któryś z nich kopniakiem nie posłał go na glebę i nie zmusił do przytrzymania puchnącego policzka przy łaskoczącym dywanie. Tak, to chyba wtedy ubarwił materiał czerwonymi kleksami i musiał znosić niesłusznie zatroskane i przerażone spojrzenia siostry. I musiał wtedy wyłazić ze skóry, by załagodzić sytuację.
Przełknął nadmiar śliny w ustach, której ciężar i objętość nagle przyrównywały się do metalowej kulki. Proporcjonalnie do zmniejszającego się dystansu między wargami rozmówcy, a uchem chłopaka, rosła prędkość, z którą zimna jaszczurka stresu przesuwała się po kręgosłupie młodzika wprost pod jego kark, na którym zjeżyła małe włoski. Durny, wyimaginowany gad miał też do ogona przywiązaną salwę dreszczy, przez którą rudzielec szarpnął się niemrawo w rękach Dantego, a, że dłonie mężczyzny nie zaciskały się na ciele jak imadło (przynajmniej póki co), to pozwoliły przemieścić się o cenne milimetry w bok. Jednakże nadal nie wystarczające, by należycie uciec przed następstwami tak dziwnego kontaktu. Chłopak wręcz aż zgubił sens słów, które do niego kierowano i skupił się na różnicy temperatur pomiędzy oddechem Pan Berkovitza, a wychłodzoną skórą na swojej szyi i fragmencie ramienia, na które ten cieplejszy bodziec spłynął, jak miękki materiał, pozostawiając wymowną gęsią skórkę.
Wzdrygnął się po raz kolejny, kiedy mężczyzna się odsunął i przez ten ruch rząd nie trzymających się zbyt stabilnie klawiszy zakołysał się niebezpiecznie. Nic to, Ethan i tak nie ściągał kontrolnego wzroku ze swojego szefa.
- Nie zawiodę. - odparł pośpiesznie na ostatnie słowa, zupełnie nie pamiętając poprzednich i nie chcąc dać tego po sobie poznać. Niecierpliwie nasunął koszulkę na szyję, chcąc na nowo oznaczyć ten fragment ciała jako swój i skupił ogłupiałe spojrzenie na nadal spoczywającym na jego kolanach sprzęcie. - Po prostu... pod presją i czujnym wzrokiem pomyliłbym się i wygłupił bardziej niż podczas samego błędu przy pracy. - ujął na siłę profesjonalnie, usilnie nie zwracając uwagi na to, że potrzebował trzech podejść do pierwszego słowa „po” zanim wypowiedział je wyraźnie. Nie mógł się pozbyć irracjonalnego strachu przed tym człowiekiem i po dzisiejszym dniu chyba będzie potrzebował jakiejś grupowej terapii.
Przecież był dobry,w  tym, co robił! Diabelnie dobry! Najlepszy! Nie mógł pozwolić, by słowa i czyny sprawiły, że będzie myślał inaczej! Dlatego rzucił się na swoją pracę i zaczął z lekkim chrzęstem i kilkoma metalicznymi jękami obudowy podczepiać do niej nowy dodatek. Co jakiś czas spod jego palców wymsknął się nieciekawy dźwięk, ale on wydawał się bardzo pewny każdego posunięcia i najwyraźniej to, że dziecko Dantego się skarżyło, nie znaczyło, że jego chwilowa opiekunka wcale się z nim nie pieści. Ma jedynie najwyraźniej nieco bardziej szorstkie dłonie niż poprzednia.
Chłopak chcąc nie chcąc słyszał, słowa mężczyzny kierowane do metalowego urządzonka na jego biurku, które to wygodnie łączyło go z innym, zdecydowanie bardziej kobiecym biurkiem na zewnątrz oraz z całą resztą jebanego świata. Młodzik odniósł wrażenie, że lwu ten kawał mięsa (bułeczki) chyba nie przypadł do gustu i pozwolił swojej sekretarce zutylizować go w taki sposób, jaki jej najbardziej przypadnie do gustu. Nie to, żeby Ethan poczuł się jakoś specjalnie tym dotknięty, ale po wymownej uwadze z przyniesieniem tylko jednej herbaty delikatnie drgnęła mu brew. Zmusił się jednak siłą nieboską, żeby nie oderwać wzroku od swojej pracy. To nie tak, że oczekiwał luksusów, wręcz nie oczekiwał niczego, ale ten człowiek... Ten człowiek mógł być czasem naprawdę trochę bardziej pełen wyczuć...
Ethan zamarł, wlepiając wzrok w kubek gorącej herbaty stojącej na biurku tuż przed nim, zaraz obok poukładanych obok siebie bułeczek, zdobiących całkiem elegancki półmisek. Pasowały do niego znacznie bardziej niż do ubrudzonej od środka w lukrze papierowej torebki. Chłopakowi zrobiło się nagle cieplej, ktoś przy okazji podkręcił ogrzewanie...?
- Dziękuje! - odparł natychmiast, obracając się nieznacznie w fotelu, w ostatniej chwili zanim ten słoneczny promyk, który przytargał mu ciepły wywar, nie zniknął za drzwiami. Wtedy wrócił na swoje miejsce tak, by siedzieć poprawnie. Mężczyźnie, pochylonemu nad papierzyskami też chyba powinien podziękować, co...? Tak, chyba tak...
- Zapewne... Całkiem nieźle się Pan teraz bawi, co? - zagaił i sam pochylił się nad laptopem, ze zgrzytem wsuwając panel do odczytywania linii papilarnych we wcześniej przygotowaną, pusta lukę i zaczął przygotowywać bardziej wierzchnią warstwę obudowy, by odczepić od niej kawałek o wymaganej wielkości tak, by czytnik był dostępny i widoczny.
Delikatnie zaburczało mu w brzuchu, ale udało mu się zagłuszyć w większości ten dźwięk, mocniej się na chwilę pochylając, udając, że potrzebuje tego, by lepiej się czemuś przyjrzeć. - To wszystko wcale nie było potrzebne.  Nie chciałem zamieniać Pańskiego biura w stołówkę.
Miał zamiar po skończonej misji, usiąść na murku z siostrą i krusząc lukrem albo ciastem francuskim na płaszcz i kolana, obżerać się bułkami Pani Figg. To wszystko, co tutaj zastał, było bardziej wyszukane i zdawało mu się zupełnie do niego nie pasować.
Odetchnął i przymknął obudowę, dociskając ją palcami, aż kliknięciem nie obwieściła, że maleńkie zatrzaski ją pochwyciły.
- Skończyłem. - oznajmił i podniósł się z fotela, niosąc otwartego laptopa i przystając obok biurka. - Mogę?
Nie był pewien, czy może przeszkodzić w wypełnianiu dokumentacji, czy nie, dlatego nie pacnął drogim sprzętem od razu na stertę papierzysk, tylko czekał z nim cierpliwie, aż gospodarz sam nie weźmie od niego swojej własności. Ethan miał w tej chwili deja vu, znowu był zmuszony stanąć za sporym fotelem władcy tego miejsca i przyjrzeć się ponad jego ramieniem na sprawność działania swojego dzieła. Zupełnie jak dziś rano w autobusie, kiedy jego przymknięte oczy oblepiały jeszcze senne fantazje. Aż na moment wzdrygnął się, obawiając, że zobaczy zamiast pisma jedynie wykreślone na pustej kartce szlaczki, ale przed nosem Pana Berkovitza były zapisane dokumenty. Bezsprzecznie były one zapisane.
Odetchnął w duchu i nachylił się ponad podłokietnikiem biurowego siedziska.
- Wybaczy Pan na moment. Początkowo czytnik jest ustawiony na moje linie, ale zaraz to skoryguje. - wytłumaczył przykładając swój kciuk do niewielkiej, śliskiej powierzchni, odznaczającej się na tle reszty obudowy. Laptop od razu załapał i zaczął się odpalać.
Zawisła między nimi nieprzyjemna cisza.
- Jestem Panu winny przeprosiny. - zaczął nagle i z widocznym trudem, jakby zmuszano go do ciągnięcia wagonu gruzu. - Za tą akcje sprzed prawie półtora roku temu. Wtedy całkiem wygodne dla mnie było wyobrażanie sobie Pana jako... Z jakiś względów wąsatego, grubego i starego oblecha, który sam wykorzystuje młode dziewczyny i handluje nimi jak towarem. Myślałem, że może jak coś na Pana znajdę, na przykład udowodnię współpracę z SOA, to może uwolnię moją siostrę i zyskam za to jakiś zastrzyk pieniędzy oraz zrobię dla społeczeństwa coś dobrego. Ale nic nie znalazłem i sprawy trochę wymsknęły mi się spod kontroli... I oboje wiemy jak to się skończyło. - skomentował, nie odrywając wzroku od rozjaśniającego się ekranu startowego. - Trochę mi zajęło, zanim dojrzałem na tyle, żeby zrozumieć, że to właściwie nie Pańska wina i żeby spojrzeć w oczy temu, że moje życie i edukacje opłacał Pan tak właściwie od czasu dużo dłuższego, niż Pan podejrzewa. Choć nie tak bezpośrednio. Nie zamierzam Panu za to dziękować, ale przeprosić za nadmiar ciekawości już mogę. Więc przepraszam. – nawet jeśli zabrał się za tłumaczenia niezwykle ociężale, to potem wszystko poszło znacznie lepiej, prawie jakby mówił z kartki albo przygotowywał to sobie od dłuższego czasu.
Widząc, że otworzyło się okno z hasłem, cofnął się i obrócił się do mężczyzny tyłem, podziwiając widoki za oknem i nie chcąc go denerwować wiszeniem nad nim. Dłonie, które wcisnął do kieszeni jeansów trochę mu drżały i co chwila jakiś dziwny tik nerwowy zmuszał go do potarcia palcami o szyję, jakby chciał ją rozmasować po jakimś forsownym zabiegu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Gabinet na najwyższym piętrze   

Powrót do góry Go down
 
Gabinet na najwyższym piętrze
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Gabinet Banshee

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
When no one knows your name :: Berkley :: Centrum miasta :: Dom publiczny-